Fundacja Kapucyńska – pomoc potrzebującym, ubogim, bezdomnym

Pomagamy mądrze pomagać

Św. Franciszek z Warszawy

koplin

Warszawa, tak jak Asyż ma swojego św. Franciszka. I choć na imię mu Anicet, nie Francesco, choć jest błogosławionym, nie świętym, służył swoim najuboższym z iście franciszkańskim zapałem.

O. Anicet to postać niezwykle barwna. Znała go cała międzywojenna Warszawa: biedacy, którym służył, przedsiębiorcy i sklepikarze, u których żebrał w imieniu potrzebujących, dzieci, które go kochały i artyści zafascynowani jego jałmużniczą oryginalnością. „Mogli go nie znać tylko ci, którzy nie byli wybitni, czy bogactwem, czy nędzą, czy dostojeństwem, bo o. Anicet zajmował się tylko tymi, co mogli dać albo wziąć”.

 

Pierwsze wybory

Anicet nie był urodzonym Warszawiakiem. Z urodzenia nie był nawet Polakiem. Pochodził ze zgermanizowanej rodziny mazurskiej Lorenza i Berty Koplinów, a na świat przyszedł w Debrznie (Fryland) 30 lipca 1875 r. W osiemnastym roku życia, po ukończeniu humanistycznego gimnazjum, wstąpił do Zakonu Kapucynów Prowincji Westfalskiej. Klasztorne progi przekroczył 23 listopada 1893 roku w Sigolsheim, w Alzacji. Osiem lat później, 15 sierpnia 1900 r. otrzymał święcenia kapłańskie.

Był doskonałym kaznodzieją. Z niezwykłą erudycją i lekkością wyjaśniał zawiłe prawdy wiary. Miłość do słowa zakorzeniona w nim była od zawsze. Kochał poezję i pisał wiersze. Pasjonował się też historią, a rozległą wiedzę wyrażał w licznych szkicach historycznych na tematy kościelne oraz w tekstach publicystycznych. Najwięcej jego dzieł powstało w czasie pierwszej wojny, w latach 1914-1918.

Do Nadrenii i Westfalii przybywało na zarobek wielu obcokrajowców, w tym Polaków. Oddelegowany do duszpasterskiej posługi wśród robotników, bardzo szybko zbratał się z całymi rodzinami przybyłych z Polski imigrantów. Od 1916 roku o. Anicet pełnił także obowiązki kapelana więźniów i jeńców wojennych, głównie Polaków. Chcąc jeszcze bardziej zbliżyć się do swoich podopiecznych, postanowił wyjechać na naukę języka do Polski.

 

Druga ojczyzna

20 marca 1918 roku przybył do Warszawy. Zachwycił się nią od pierwszego wejrzenia, o czym świadczyć może list do prowincjała westfalskiego napisany następnego dnia: Przy wejściu do starej polskiej rezydencji królewskiej ogarnęło mnie miłe ciepło łagodnych promieni słonecznych budzącej się właśnie w tym kraju młodej wiosny, przyjacielski zwiastun owego uszczęśliwiającego światła słonecznego, które uśmiechnęło się do mnie z oczu Ojca Komisarza Kazimierza przy wejściu do nowego domu zakonnego. Uściskał mnie z prawdziwie polską serdecznością i franciszkańską braterskością, a okazywał miłość najczulszej i najtroskliwszej matki.

Po latach wspominał, że do Polski ciągnęła go jakaś siła. Nie wiedział wówczas jeszcze, że zostanie tu do końca swoich dni. Prawdopodobnie na początku lat trzydziestych przyjął polskie obywatelstwo, a nazwisko spolszczył na Kopliński.

Był charyzmatycznym i bardzo gorliwym spowiednikiem. Początkowo spowiadał po łacinie, którą biegle władał. Sakramentalnej posłudze oddawał się z wyjątkową żarliwością. Przy jego konfesjonale klękał Achilles Ratti (przyszły papież Pius XI), wszyscy kolejni nuncjusze, Kardynał Kakowski i inni dostojnicy. O warszawskich biedakach pamiętał nawet podczas spowiedzi. Ponoć Kardynałowi Kakowskiemu w ramach pokuty, nakazał dostarczenie wózka z węglem dla ubogich.

Mówiono, że ze szczególnym namaszczeniem celebrował Eucharystię, zapominając o całym świecie podczas Przeistoczenia.

 

Ojciec warszawskich biedaków

Większość czasu spędzał jednak poza klasztornymi murami. Zagubionych dusz poszukiwał często na ulicach Warszawy, wkraczając w świat marginesu społecznego. Żadnego biedaka nie pozostawiał bez wsparcia materialnego, czy pojednania z Bogiem. Nazywano go jałmużnikiem, ojcem ubogich i św. Franciszkiem z Warszawy.

Posługa najuboższym była jego szczególnym charyzmatem. To właśnie im ofiarował swoje myśli, działania i umiejętności. Nie poprzestawał na organizowaniu pieniędzy, ubrań czy żywności. Dzieciom i młodzieży pomagał w nauce, bezrobotnym szukał pracy. Międzywojenna Warszawa, kryła w sobie wiele miejsc pełnych ubóstwa. Święty Franciszek z Warszawy docierał z pomocą tam, gdzie nie zaglądali społeczni urzędnicy, wspierał pozbawionych środków do życia ludzi i przywracał im poczucie sensu.

W dramatycznie ciężkich warunkach żyli mieszkańcy slumsów na obrzeżach miasta – Woli, Kole, Powązkach, Żoliborzu i Annopolu. Szczególną troską o. Aniceta był Annopol. W 113 barakach żyło ok. 11 tysięcy bezdomnych i bezrobotnych. Z inicjatywy kapucynów powstała tam duża kuchnia, przygotowana do wydawania 8 tysięcy posiłków.

Żebranie na rzecz ubogich było codziennością o. Aniceta. Po wczesnych modlitwach porannych udawał się na codzienną kwestę. Nie zwracając uwagi na ironiczne zaczepki z wyciągniętą piuską prosił o jałmużnę na biednych. Doznawał przy tej okazji wielu przykrości, upokorzeń i zniewag. Znosił wszystko cierpliwie, za cel stawiając sobie zebranie darów i funduszy dla swoich biedaków.

Ciężko zapracował na imię ojca ubogich. Potrafił oddać potrzebującemu buty, które miał na nogach. Bez trudu odróżniał jednak chciwość od rzeczywistej potrzeby. Nieraz z jego ust słyszano naganę: „Siostro, wzięłabyś się do pracy, umyła dzieci, wyszorowała podłogę. Bieda nie musi śmierdzieć brudem!

Stworzył swoisty system zdobywania ofiar. Urokiem osobistym i determinacją potrafił namówić do złożenia datku ludzi zupełnie niewrażliwych na potrzeby innych. Chodził od drzwi do drzwi, nie omijając najwyższych dostojników państwowych i kościelnych.

Oprócz pieniędzy zbierał także żywność. Zaskarbił sobie życzliwość właścicieli barów i kawiarń, restauratorów, hotelarzy, sklepikarzy, piekarzy i rzemieślników, którzy wspierali kapucyńskie dzieło pomocy.

Często zapraszany był w gościnę. Z przyjęć korzystali także jego podopieczni, dla których wynosił jedzenie w przepastnych kieszeniach habitu.

Często wykorzystywał swój poetycki talent. Układał okolicznościowe wiersze po łacinie w formie akrostychu i deklamował je wpływowym osobistościom, by pozyskać hojniejszą ofiarę na biednych. Pomocny był mu w tym także talent aktorski, dzięki któremu nawet nieznający łaciny mogli pojąć recytowaną treść.

Zjednał sobie pokaźną liczbę ludzi, systematycznie składających ofiary na rzecz potrzebujących. Nie wszyscy byli majętni, wszyscy natomiast mieli świadomość wagi każdego grosza w oceanie potrzeb kapucyńskich biedaków.

O. Anicet kochał przemawiać do ludzi. Jego erudycyjne kazania prezentowane w widowiskowy sposób przyciągały wiernych. Z miłości do mówionego słowa musiał jednak zrezygnować po przyjeździe do Polski. Zniemczona polszczyzna wprawiała wiernych raczej w rozbawienie, niż w zachwyt. W latach trzydziestych rozstał się także ze słowem pisanym, całkowicie oddając się trosce o najbiedniejszych.

Już po siedmiu latach pracy w Polsce został uznany przez mieszkańców stolicy za Polaka. Był też jedną z najpopularniejszych postaci warszawskiego międzywojnia. Przyjaźnił się z Mieczysławem Frenkielem, aktorem Teatru Rozmaitości, czy Józefem Urbszem, aptekarzem, który po śmierci żony wkroczył na drogę kapłańską.

Pisarz Stanisław Podlewski tak wspominał popularność kapucyna: Niemal co kilkanaście kroków zatrzymującego się i rozmawiającego spotykałem często na ulicach, placach i w kościołach stolicy w czasie moich studiów uniwersyteckich. Posiadał wyjątkowy dar obcowania z ludźmi, chwytał za serce.

Dobrze znali go tramwajarze, którzy na podniesienie ręki zakonnika zatrzymywali pojazd w dowolnym miejscu, wiedząc, że nie lubi tracić czasu na przystankach. To samo robili szoferzy i dorożkarze.

Przypadający na 17 kwietnia dzień imienin o. Aniceta był w klasztorze uroczyście celebrowany. Z życzeniami przybywały rzesze wiernych, dostojnicy kościelni, wpływowi mieszkańcy stolicy, właściciele i przedsiębiorcy warszawskich zakładów rzemieślniczych i usługowych.

Św. Franciszka z Warszawy kochały dzieci. Czekały na niego gromadami i tuliły się do pocerowanego habitu. Obdarowywał je cukierkami, zdobywanymi przy każdej z możliwych okazji. Młodzieży opowiadał o swojej młodości, zachęcał do systematycznego uprawiania gimnastyki. Wierząc w wychowawcze oddziaływanie sportu, potrafił im zaimponować niebywałą siłą. Przez pewien czas prowadził nawet szkółkę atletyczną dla chłopców. Starał się też zawsze znaleźć chwilę na własny trening. W celi miał sprężyny i hantle, którymi ćwiczył w środku nocy, po odmówieniu komplety. Prowadzenie żebraczego stylu życia narażało go na wiele niebezpieczeństw ze strony zuchwałych śmiałków. Atletyczne treningi pozwalały mu jednak na stawianie im czoła.

 

Niemiecka okupacja i Auschwitz

Z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej o. Anicet nie opuścił Warszawy. Czuł się Polakiem. Kapucyni wspierali wiernych nie tylko modlitwą. Z narażeniem życia całej zakonnej wspólnoty ukrywali w klasztorze przy ul. Miodowej Żydów oraz ludzi zaangażowanych w ich ratowanie. Wielu braci uczestniczyło w wyrabianiu metryk dla prześladowanych i pomagało dostarczać żywność mieszkańcom getta.

W nocy z 26 na 27 czerwca 1941 roku gestapo aresztowało 22 zakonników, w tym o. Aniceta. Na czas śledztwa umieszczono ich w więzieniu na Pawiaku. Jako Niemiec łatwo mógł uzyskać zwolnienie, jednak nie chciał o tym nawet słyszeć. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Niemcom: wstydzę się, że jestem Niemcem.

4 września 1941 roku zakonnicy trafili do KL Auschwitz. Najstarszym więźniem, liczącym 66 lat, był o. Anicet. Pobito go już przy wysiadaniu z pociągu, gdy nie mógł wyskoczyć z wagonu tak sprawnie, jak oczekiwali tego hitlerowcy. Po drodze otrzymał kilka ciosów w głowę za niedotrzymywanie kroku w marszu. Skatowanego pogryzł na koniec esesmański pies.

Przekraczając obozową bramę otrzymał numer 20376 P (Polen). Jak każdy więzień w okresie kwarantanny był bity i torturowany. Uznany za przypadek nieproduktywny otrzymał niepisany wyrok śmierci i został umieszczony w bloku 19, gdzie morderczą „gimnastyką” przyspieszano zgon. Codziennie umierało w tych warunkach ponad sto osób. Śmierć powodowały także zastrzyki z fenolu.

Według księgi kostnicy o. Anicet zmarł 16 października 1941 roku: w 66 roku życia, 48 powołania zakonnego i 41 roku kapłaństwa. Wierny i niezłomny ojciec ubogich zginął tak, jak ginęły jego dzieci. Najgłębsze pragnienia serca weryfikują się w obliczu śmierci. Pragnieniem o. Aniceta była służba Bogu i ludziom. Obdarzony licznymi talentami mógł zająć się pracą naukową, publicystyczną czy posługą kaznodziejską. Mógł też oddać się życiu kontemplacyjnemu i wieść spokojne życie za murami klasztoru. Mógł wrócić do Niemiec, by nie patrzeć z bliska na okrucieństwa, których dopuszczali się jego rodacy. Mógł wreszcie, przyznając się do swego pochodzenia, ocalić własne życie. Wybrał wierną służbę, stając się wzorem dla pokoleń.

Po latach tak wspominali go Warszawiacy: Wykształcił kilku księży, doktorów, inżynierów. Jeszcze teraz zgłaszają się z podziękowaniami ludzie wykształceni, świadcząc, że zawdzięczają wiele, jeśli nie wszystko, o. Anicetowi. Tak był znany i czczony, zarówno przez biednych, jak i zamożnych, że pewien wybitny człowiek powiedział, że gdyby umarł w normalnych warunkach, miałby najwspanialszy pogrzeb, jaki można sobie w Warszawie wyobrazić i pomnik wzniesiony wdzięcznością ubogich, którym dawał nie tylko pieniądze, ale co ważniejsze, prawdziwe, ludzkie serce. (Z. Jakimiak, Warszawski Brat…)

O. Anicet Kopliński został beatyfikowany 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża Jana Pawła II, w gronie 108 męczenników, a jego liturgiczne wspomnienie przypada na 16 czerwca.

Na podstawie:

W.J. Wysocki, „Bł. O. Anicet Kopliński, Męczennicy 1939-1945” , Zeszyt 78.

G. Bartoszewski, Na krzyżu z Chrystusem. Pięciu Kapucynów męczenników z Oświęcimia i Dachau, Warszawa – Rzym 1993.

 


WSPOMNIENIA O ŚW. FRANCISZKU Z WARSZAWY

Ten niepozorny, niemłody, brzydki zewnętrznie, dla niektórych ludzi trochę śmieszny szary zakonnik, był najbardziej świetlaną postacią, jaką dane mi było w życiu poznać”.

Alina Rościszewska, Ojciec Anicet, Kierunki 4: 1959, nr 18

Najczęściej widziałam go w nocy lub nad ranem na ulicy. Wracając z jakiegoś balu czy dancingu spostrzegałam jego drobną, ciemną sylwetkę, przygiętą pod ciężarem dużego, dźwiganego na plecach worka, przesuwającą się szybkim, drepczącym krokiem pod ścianami uśpionych domów stolicy.

Alina Rościszewska, Ojciec Anicet, Kierunki 4: 1959, nr 18

Ojciec Anicet, popularny na Starówce zakonnik tropiący ukrywającą się wstydliwie nędzę w zaułkach Nowego i Starego Miasta. Postać odziana w brązowy habit z narzuconym na głowę kapturem, spod którego wystawała tylko gęsta broda, znana była i na przygródkach i w suterenach. Nie dawał się nabrać na fałszywe skomlenie i rozbiegane oczy. Potrafił odróżnić chciwość od rzeczywistej potrzeby. Nieraz słyszano z jego ust naganę: „Siostro, wzięłabyś się do pracy, umyła dzieci, wyszorowała podłogę. Bieda nie musi śmierdzieć brudem!” Bywało, że sięgał w fałdy habitu po portmonetkę, nieraz zagłębiał rękę w worek, by wydobyć z niego to, co uprzednio tam wrzucili dobrzy ludzie, albo zapisywał nazwiska i kazał przychodzić na obiady do klasztoru.

Zbigniew Wróblewski, U nas na Starówce, Warszawa 1984

Spotykały go rozmaite kpiny, wmuszanie alkoholu, żądanie popisu siły fizycznej. Znosił wszystko cierpliwie, powtarzając: „To dla moich ubogich.” Nie uniknął goryczy niewdzięczności, nawet od tych, dla których się poświęcał.

Alina Rościszewska, Ojciec Anicet, Kierunki 4: 1959, nr 18

Potrafił obronić się przed różnymi napastnikami. Mówiono, że kiedyś jakiegoś pijaka, który napastował go i nieomal wyzwał do walki, a był zapaśnikiem, tak szybko wyłożył na ziemię, że tamten nie mógł się nadziwić, skąd tyle siły i tego niepozornego mnicha.

List Edwarda Klimczuka z 27 listopada 1974 w zbiorach APW

Niemal co kilkanaście kroków zatrzymującego się i rozmawiającego spotykałem często na ulicach, placach i w kościołach stolicy w czasie moich studiów uniwersyteckich. Posiadał wyjątkowy dar obcowania z ludźmi, chwytał za serce.

Stanisław Podlewski, Choć nie miał kropli krwi polskiej. Hejnał Mariacki 18: 1973 nr 3

Dzieci biegły i tuliły się do jego brunatnego, pocerowanego habitu, a ojciec Anicet bełkotał coś szybko, radośnie i mało zrozumiale.

Alina Rościszewska, Ojciec Anicet. Kierunki 4: 1959, nr 18

Będąc dla wszystkich, którzy z nim łączność mieli, przykładem tego, jakim być winien prawdziwy patriota, miłujący Ojczyznę swą iście po Bożemu. Jego patriotyzm mając swą postawę w miłości Boga i bliźniego, nacechowany jest gorącym pragnieniem stworzenia Ojczyzny potężnej i dobrej. Nie daje on rad, Anie nie krytykuje, lecz pracuje. Nie szuka czynów nadzwyczajnych, lecz jak cichym jest, tak cichą pracą codzienną powołania, pracą bez rozgłosu, ale stałą i wytrwałą stara się odpowiedzieć zadaniom dobrego i prawdziwego obywatela (…). Wszyscy podnosili zasługi jubilata we wszystkich dziedzinach życia ludzkiego, a wszyscy godzili się na jedno, że wszędzie przebija jako najważniejsza cecha pracy ojca Aniceta patriotyzm. Wszyscy też opuszczający mury tego zacisznego klasztoru unosili w swym sercu to gorące życzenie, by drogiemu jubilatowi było z Nieba dozwolone oglądać jeszcze tu, za życia, ukochaną Polskę taką wielką i piękną, na jaką pracuje i jakiej pragnie.

Przegląd Katolicki 1925, nr 33

Przypominam go sobie dobrze, jego wygląd. Widziałem go jako chłopiec w Warszawie, w kościele kapucynów, w czasie wojny, w pewien pierwszy piątek (przed aresztowaniem) i z rąk jego przyjmowałem Komunię Świętą. (…) Wygląd o. Aniceta przeraził mnie. Szedł z ministrantem do bocznego ołtarza, nieduży, chudy, ogromnie skupiony – wprost ponury, z głową głęboko na czoło humerałem. Pierwszy raz widziałem kapucyna w takim ubiorze, nie raziło mnie, to wywoływało nastrój wielkiej powagi. W życiu był ponoć radosny.

Jerzy Cygan OFM Cap. Venerabilis…

Znałem innych ojców i braci kapucynów z ulicy Miodowej. Ten spośród nich wybijał się na plan pierwszy i to wbrew jego woli. Późną jesienią, inni już w trzewikach, on w sandałach na bosych stopach. Oni w nowiutkich, czystych habitach, on zagoniony, zatroskany innych troskami i nędzą, zawsze najgorzej odziany, wprost zaniedbany.

List Mirosława Kukowskiego z 19 lutego 1974 w zbiorach APW

Ojciec Anicet był chyba najskromniejszym ze wszystkich duchownych ówczesnej Warszawy, erudycji nie miał za grosz, i co tu owijać w bawełnę, często był mocno przybrudzony, habit miał bardzo sfatygowany, spracowane ręce wyglądały jak niedomyte, włosy i zarost zwykle nieostrzyżone i nieuczesane, a jednak o. Anicet był spowiednikiem ówczesnego arcybiskupa Warszawy, ks. kard. Kakowskiego i o. Anicet dysponował go na śmierć.

Alina Rościszewska, Ojciec Anicet. Kierunki 4: 1959, nr 18

Oto, gdy któregoś z dni 1 maja ul. Ząbkowską na Pradze szła liczna grupa robotników z czerwonymi sztandarami na zbiórkę na placu Teatralnym, gdzie miał się odbyć wiec PPS i skąd wyruszał tradycyjny pierwszomajowy pochód, kilku robotników zobaczyło pomykającego wzdłuż muru ojca Aniceta. Podskoczyli, schwytali go i ponieśli na rękach na czele pochodu. Przerwano śpiew rewolucyjnych pieśni. Rozległy się okrzyki i wiwaty na cześć ojca Aniceta.

List Jana Starczewskiego z 2 lutego 1974 w zbiorach APW

Na wiele tematów można było z nim porozmawiać i usłyszeć jego własne, oryginalne zdanie czy odosobniony sąd.

Stanisław Podlewski, Choć nie miał kropli krwi polskiej. Hejnał Mariacki 18: 1973 nr 3

Przez zbity, rozgwarzony, rozweselony tłum młodzieży akademickiej przecisnął się nagle do solenizanta na środek pokoju kapucyn miernego wzrostu, bardzo zaniedbany, nawet jak na kapucyna, ale niezmiernie energiczny, choć roztargniony do tego stopnia, że nikogo, zdawało się, nie widział. Nikogo o niczym nie uprzedzając, wyjął jakiś papier i nagle stentorowym głosem zacząl deklamować jakiś utwór jaki, to się dopiero potem okazało, gdy zasięgnąłem bliższych wyjaśnię, bo nie można było z wymowy zrozumieć ani łaciny akrostychu, ani jego przekładu, którego recytacja nastąpiła zaraz po wersji łacińskiej. Wiersz był krótki, ale deklamacja wywarła olbrzymie wrażenie, nie treścią, bo była niezrozumiała, ale pantomimą. Ogromny głos, nagle szerokie ruchy rąk i całego ciała, patetyczny wyraz przejęcia brodatej twarzy były wprost sensacyjne i niepowtarzalne.

Ledwie skończył, już ściągnął z głowy brunatną piuskę i zaczął chodzić wkoło, prosząc o datki na swoich biednych, a zarazem napychał olbrzymie kieszenie habitu(mogły pomieścić z dziesięć kilogramów) owocami, słodyczami, bodaj nawet nie tortem. Solenizant przymusił swego dziwacznego gościa, żeby sam też coś zjadł, a ja przysiadłem się do niego, bo zainteresował mnie utwór poetycki. Był to nieposzlakowany w formie akrostych łaciński, bardzo piękny i patetyczny”.

Z. Jakimiak, Warszawski Brat Jałowiec, Dziś i Jutro 1951 nr 27

(opis zdarzenia mającego miejsce podczas imienin duszpasterza studentów, ks. Edwarda Detkensa)

Ojciec Anicet opowiadał o wizycie gestapo w klasztorze, jak zastali święty nieporządek w jego celi. Niemcy nie zrobili rewizji, gdyż bali się infekcji z tej starzyzny. Pod stertą ubrań były książki, które mogły spowodować nieprzyjemności dla klasztoru.

List Stanisława Orłowskiego z 1982 r. w zbiorach APW

Cały czas o. Anicet był z nami. Był cichy. Spokojnie znosił tę piekielną atmosferę. Mieszkał na bloku 9-tym na pierwszej sztubie. Sztubowy Gawęda, Ślązak, bił nas strasznie, łamał kije na naszych głowach. Jednak o. Aniceta oszczędzał. Sadzał go na stołku. Karmił go lepiej niż nas i nazywał go Grossvater.

Marian Jacek Dąbrowski OFM Cap., Wspomnienie o o. Anicecie Koplińskim

Wykształcił kilku księży, doktorów, inżynierów. Jeszcze teraz zgłaszają się z podziękowaniami ludzie wykształceni, świadcząc, że zawdzięczają wiele, jeśli nie wszystko, o. Anicetowi. Tak był znany i czczony, zarówno przez biednych, jak i zamożnych, że pewien wybitny człowiek powiedział, że gdyby umarł w normalnych warunkach, miałby najwspanialszy pogrzeb, jaki można sobie w Warszawie wyobrazić i pomnik wzniesiony wdzięcznością ubogich, którym dawał nie tylko pieniądze, ale co ważniejsze, prawdziwe, ludzkie serce.

Z. Jakimiak, Warszawski Brat Jałowiec, Dziś i Jutro 1951 nr 27

Gdy w lutym 1943 roku znalazłem się na Pawiaku, zostałem na kilka dni przydzielony do pracy w magazynie, w którym znajdowały się rzeczy więźniów. Moi współtowarzysze więźniowie pokazywali mi wówczas habit, który gestapowcy zdarli z o. Aniceta. Przechowywany był jak prawdziwa relikwia.

List Jana Starczewskiego z 2 lutego 1974 r. w zbiorach APW