• Fundacja Kapucyńska
  • im. bł. Aniceta Koplińskiego
  • ul. Kapucyńska 4
  • 00-245 Warszawa

Namiastka raju

Co było najtrudniejsze? Czy chcieliście zawracać? Co was zaskoczyło? – tych pytań nawet nie trzeba było zadawać. Bezdomni sami chętnie dzielili się doświadczeniami ze szlaku, podczas spotkania (19 bm) z wolontariuszami fundacji. Jedno jest pewne, ta „namiastka raju” jaką była pielgrzymka, zapisze się w ich pamięci na długi czas.


Mirek: Szedł w określonej intencji – podziękowaniu za wnuczkę. Po drodze zebrał wiele innych. Patrząc na dzieci, które witały pielgrzymów w poszczególnych wioskach, modlił się by głód chleba, ubrań, czekolady… nie wyzierał z ich oczu. – One są o wiele biedniejsze niż my – mówi.

 
Zbyszek: Wolontariusz opiekujący się bezdomnymi, podczas drogi. Podkreślał, że tak naprawdę, wszyscy troszczyli się o siebie nawzajem. Miał wielkie poczucie wspólnoty. Nawet mała ilość kranów do mycia, długie kolejki do toalet, brak ciepłej wody… nie przysłoniły najważniejszych wspomnień – dyskusji o Ewangelii i wielu pięknych przyjaźniach.

 
Marek: Jak sam mówi jest duchowym analfabetą. Teraz łapie się na tym, że podświadomie odmawia różaniec. Każdą zdrowaśkę podczas drogi ofiarowywał za kogoś innego: wolontariuszy, sponsorów. Jest przekonany, że Bóg stawia dobrych ludzi na naszej drodze.

 
Wiesiek: Jest typem człowieka, którego wszędzie pełno. Zagadywał, podśpiewywał, nosił tuby. Często, gdy gdzieś się gubił, znajdował go postulant dotrzymując towarzystwa. Dużo rozmawiali. Wieśkowi raz, przez przypadek palce przycięłyby drzwi samochodu. W ostatniej chwili zabrał i „dzięki Bogu”. Miał nawet ochotę przekląć, ale powstrzymał się – komentuje przejęty i szczęśliwy.

 
Andrzej: – Przede wszystkim nie można narzekać, bo tak się po prostu nie da żyć – przyznaje. Andrzej wiele rzeczy na pielgrzymce starał się robić, dla wspólnoty. Na początku drogi było mu bardzo ciężko maszerować i służyć innym. Ale zauważa, że to w ramach pokuty. Wiedział, że może w każdej chwili zawrócić, ale mówi, że nic by to nie dało. W głowie pozostało mu jedno pytanie: dlaczego tak szybko doszliśmy?

 
Roman: Zawrócił z drogi po dniu wędrówki. Inni mówią, że już na początku było mu ciężko. Dodają, że czasem trzeba pozwolić sobie pomóc. Romana ze szlaku zabrał syn. Podobno jedna porażka dobrze przeżyta jest cenniejsza niż tysiąc naszych zwycięstw. Jest nadzieja, że i ta sytuacja nie była przypadkowa.

 
Jacek: Stał się popielgrzymkowym DJ’em. Swoją nową umiejętność nazywa mixowaniem. Nie zna wielu pielgrzymkowych pieśni, ale gdy tylko mu się jakaś przypomni, śpiewa ją a zaraz kolejną, łącząc w całość. Jednak to nie wszystko. Zdarza mu się „mieszać” Koronkę z Różańcem, a po przebudzeniu mruczy pielgrzymkowe okrzyki „brązowa hej! piętnastka hej”. Tak wesoło nie było jednak w Nowym Mieście, gdzie nadszedł kryzys. Minął przez obrazem Matki Bożej – Wszystko zeszło jak doszedłem. Poczułem taką ogromną lekkość. Nogi mi się trzęsły, ale nie ze zmęczenia –podsumowuje.

 
Andrzej: Był samotnikiem na szlaku. Nie jest przyzwyczajony do tak dużej ilości osób, tym bardziej radosnych. To niestety nadal niecodzienny widok. Jak mówią jego koledzy do samotności trzeba być bardzo silnym, by nie była straszna. Szukali Andrzeja podczas drogi, ale często pozwalali mu na chwile odosobnienia.

 
Wojtek: Zgłosił się w ostatniej chwili. Wydawało się, że nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do dziewięciodniowej wędrówki. Po trudzie, rozmowach i częstym rachunku sumienia, mówi wprost. – Wiara dużo daje. I nie ma się co śmiać – dodaje ku przestrodze. A gdy doszedł do Częstochowy, utkwiło mu jedno. – Miałem wrażenie tak jakby mnie nie było. Trudno to opisać – mówi zachwycony. Zaryzykował i nie pożałował.

 
Jurek: Myślał, że taka wyprawa to „pestka”. Po trudach pierwszych dni szybko zmienił zdanie. Później szło mu się już dużo lepiej. – Zdrowy, opalony… nie papierosami, lecz słońcem – wymienia szybko i z humorem na zakończenie.

 
Edek: Zrozumiał wiele spraw na pielgrzymce. Choć nie modlił się za siebie, bo jak twierdzi: – Dopóki funkcjonuje, to nie ma co Panu Bogu głowy zawracać. I dostał wielkie owoce. Chce dużo zmienić i wie, że jeśli nie zrobi tego teraz, to może się spóźnić, bo „przecież jutro może już nas nie być”. Gdy był na ostatnim noclegu, pod samą Częstochową bardzo pragnął iść dalej. Mówi, że gdyby był sam, nikt by go nie zatrzymał. – Być tak blisko Matki i nie móc Jej zobaczyć… – wspomina myśli z przedostatniego dnia. Kolejnego był już pod obrazem.

 
Andrzej: Szedł w intencji swojej żony. Było mu ciężko. Ale po kilku rozmowach z br. Pawłem –odpowiedzialnym za grupę bezdomnych pielgrzymów – spojrzał znacznie inaczej na swoje sprawy. Jak sam mówi: Nie ma już we mnie buntu, ale przede wszystkim spokój i cisza.

 
Mariusz: Nie chciał wracać do rzeczywistości. Jednak gdy już to zrobił, pragnie trwać w jednym postanowieniu – Nie pić! – wyznaje. Intuicyjnie przyjął do swego życia słowa św. Pawła „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”. Wie, że to ważne by być silnym i nie zmarnować otrzymanych darów i wskazówek.

 
Rafał: Słynny z tytułu Najwaleczniejszego Pątnika Grupy Brązowej, miał na szlaku wiele przemyśleń i przygód. Po pierwszym dniu stwierdził, że nie wie co tu robi, a pielgrzymka widocznie jest dla emerytów, ale na pewno nie dla niego. Mówi, że początkowo bardzo mocno odezwała się w nim pycha. Aż przyszedł trzeci dzień i resztkami sił wołał „Jezu Chryste ratuj!”. Szczególnie zapamiętał, że droga, nie tylko ta do Częstochowy, to nieustanna walka z demonami.

 
Wszyscy bezdomni zgodnie mówią o jedności jaka zawiązała się między nimi i innymi pątnikami. Jest nawet takie „powiedzenie” mówi Rafał „Szanuj bliźniego swego jak siebie samego” a będzie dobrze . A powiedział to sam Pan Jezus w jednym z największych przykazań, przykazań miłości. I to jest droga prowadząca nas do raju.
Cała grupa jest wdzięczna braciom Kapucynom, fundacji, sponsorom, osobom wspierającym, za to, że mogli być na pielgrzymce i doświadczyć tylu cudów.

 
Karolina Kędzia

fun_kap

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *